Call of Duty Black Ops II recenzja gry

Seria Call of Duty, to dla jednych spędzając sen z powiek i powodująca zgrzytanie zębów przykładna definicja powielania, wtórności i powielania schematów. Dla innych jest to kolejna odsłona ich lubianej serii, którą z przyjemnością – większą lub mniejszą – ogrywają podczas premier jej kolejnych odsłon.

Można mówić i pisać wiele na jej temat, ale nie można odmówić jej całej rzeszy fanów, którzy zapewniają jej wydawcy coroczną, rekordową sprzedaż. Kiedy w 2010 wydano pierwszego Black Opsa, po wielu zgrzytach związanych z premierą, tytuł ten przyjął się dość dobrze i dla wielu był najlepszym CoDem od czasów rewolucyjnego Modern Warfare. Szczególnie sfera zabawy w sieci przykuła sporą uwagę i po dziś dzień serwery gry nadal pozwalają się dobrze bawić i nie świecą pustkami. Powstanie kontynuacji był oczywisty głównie ze względu na politykę Activision, które ma w zwyczaju eksploatowanie „kur znoszących złote jaja”. I tym oto sposobem po dość średnio przyjętym Modern Warfare 3 dane jest na grać w Black Ops II. Czy jednak tym razem seria wybiła się nieco z kanonu „kopiuj – wklej” i czy szumnie zapowiadane najbardziej rewolucyjne Call of Duty w historii ma swoje odzwierciedlenie w finalnym produkcie? Zapraszam po odpowiedź na to pytanie do naszej recenzji.

Laptopy poleasingowe Warszawa

Black Ops II to pierwsza gra z serii, która została osadzona w przyszłości. Nie są to zbyt odległe czasy – 2025 rok. Technologia poszła do przodu i pozwoliła na dość daleko idącą komputeryzację sił wojskowych oraz pojawienia się wielu wynalazków takich jak wiele odmian bezzałogowych maszyn, czy unikalnych gadżetów. Oś fabularna przebiega przez nową zimną wojnę – tym razem wyścig zbrojeń toczą Stany Zjednoczone oraz Chiny. Na mecie tej gonitwy stoją zasoby minerałów rzadkich – unikalnych surowców, których posiadanie pozwala na produkcje daleko zaawansowanej elektroniki, co przekłada się na powiększanie potencjału i siły armii opartej o drony – bezzałogowe maszyny, które mają w znaczny sposób wspomóc, a nawet zastąpić konwencjonalne czołgi, samoloty czy żołnierzy. W centrum tych wydarzeń staje nasz bohater – członek jednostki SEAL, David Mason. Tak – zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa. Nasz bohater to syn tego Masona, którym kierowaliśmy w pierwszej odsłonie Black OPSa. Oczywiście w międzyczasie, korzystając z zamieszania i zachwianiu równowagi na całym Świecie, wyłania się nowy i jak się okazuje główny wróg. Raul Menendez – fanatyczny i opętany rządzą zemsty na śmierć swojej siostry przywódca ruchu Cordis Die,. Organizacja, pod którą Menendez zjednoczył ogromną ilość członków, obiecując im zakończenie reżimu USA oraz innych supermocarstw, które wedle jego słów są główną przyczyną ogromnego rozwarstwienia ekonomicznego w przedstawionych w grze realiach, ma tylko jeden cel – doprowadzenie do globalnego chaosu i upadek wielkich mocarstw. Jednak nie tylko rok 2025 jest miejscem akcji nowego Black OPSa.

Druga część fabuły ma miejsce w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku i pozwoli nam prześledzić losy znanych z poprzednika bohaterów – Alexa Masona, Franka Woodsa czy Jasona Hudsona. Jak się okazuje Woods przetrwał wybuch z pierwszej części i już wtedy miał do czynienia z głównym antagonistą – liderem Cordis Die. Wszystkie te wydarzenia przeplatają się ze sobą i tworzą jedną całość, w której możemy poznać, dlaczego Menendez jest zdeterminowany do poczynienia tak daleko idących i drastycznych kroków oraz co stało się z wymienionymi wyżej postaciami. Ponadto to właśnie Woods jest naszym narratorem w czasie gry Davida Masona – jako zniszczony, kaleki, stary człowiek zamknięty w pilnie strzeżonym ośrodku na terenie USA. Jak to w Call of Duty bywa mamy wiele zaskakujących zwrotów akcji, przyjaciele mogą okazać się wrogami, a najbardziej oczywiste zwycięstwa w jednym momencie obracają się przeciwko nam.

Komputery Warszawa

Fabuła stanowi mocny punkt gry i jest całkiem dobrze zaplanowana, jednak to, co troszeczkę w niej zgrzyta to chaotyczność. Czasem ciężko nadążyć nad tym, co się dzieje i sposób, w jaki kilka wydarzeń jest nam przedstawionych powoduje, że można się nieco pogubić. W aspekcie fabularnym znalazło się miejsce na pierwszą znaczącą – dla samej serii – zmianę. Otóż fabuła nie jest do końca liniowa – w wielu wypadkach mamy do czynienia z prostymi wyborami, które zmieniają nieco przebieg rozgrywki oraz samo zakończenie gry. Pozwala to na powrót do kampanii kila razy i w nieco inny sposób prześledzić tą całkiem niezłą historię. Będzie nad dane wybrać czy kogoś zastrzelić lub też pozwolić mu przeżyć. Nawet, jeśli w jakimś wypadku wydaje nam się, że jakaś akcja spowoduje niepowodzenie misji i rozpoczynanie od nowa okazuje się, że pozbawienie kogoś życia nie tylko nie powoduje porażki, ale pozwoli nam poznać historię w nieco inny sposób.

Kolejną nowością, która także wpływa na przebieg wydarzeń są Strike Missions – dobrowolne do wykonania misje poboczne. Podczas nich nie kierujemy, żadnym z głównych postaci, jednak wydarzenia i cele, jakie tam realizujemy zmieniają w dalszy sposób oś fabularną. Wprowadzono do nich prosty element taktyczny. Mamy w nich do dyspozycji z góry określone jednostki, którym możemy wydawać rozkazy na poglądowej mapie terenu, a jeśli nie radzą sobie kontrolowane przez AI (co niestety zdarza się dość często) nic nie stoi na przeszkodzie by samemu wcielić się w konkretną jednostkę i poprowadzić ją na polu bitwy.

Miłym akcentem jest to, że poprzez Strike Missions będzie nam dane zapoznać się z kilkoma mapami z trybu multi, a zasoby wojsk nie obejmują tylko zwykłych żołnierzy, ale także drony. Oczywiście, jeśli walczymy już na ziemi nadal możemy wydawać rozkazy innym. Sam proces dowodzenia rozwiązano całkiem sprawnie i po kilku próbach można się z nim oswoić. Nie sposób też pominąć faktu, że przed każdą misją w fabule możemy dowolnie wyposażyć naszą postać. Nie ogranicz nas to tylko do wyboru broni, ale także dodatków do niej oraz… perków. Tak – znany z multipalyera czynnik pojawia się w kampanii dla pojedynczego gracza. Szczególnie ciekawy jest zestaw narzędzi, dzięki którym w określonych miejscach jesteśmy w stanie dostać się w konkretne miejsca i nieco pomóc sobie w przebrnięciu przez kolejne trudności uruchamiając wojskowe maszyny, przejmując kontrolę nad stacjonarnymi wieżyczkami czy zaopatrując się w pułapki, które skutecznie utrudnią życie naszych wrogów.

Jak widać Treyarch dość dobrze wywiązał się z zadania porzucenia utartego schematu serii, przez który wydawca jest wciąż krytykowany. Sama zaś fabuła oferuje wiele dobrych i zaskakujących momentów, które nie pozwalają się nudzić i zachęcają do powrotu do gry. Szkoda tylko, że część odbywająca się w latach 80 odbiega nieco jakością od tego, co zaserwowano nam w przyszłości, a w niektórych wypadkach jest zwyczajnie słabo i bez polotu. I do tego jakieś dziwne motywy z Menendezem, kiedy wcielając się w jego skórę latamy na czymś w rodzaju berserka. To może się niespodobać. Także kilka spraw jest na tyle przesadzonych, że zamiast założonego patosu powodują lekki śmiech. Poza kilkoma wpadkami bawiłem się jednak świetnie i z pewnością Black OPS II kontynuuje dobrą passę swojego poprzednika. Jest widowiskowo, filmowo, są pojazdy i sporo gadżetów. Bardzo cieszy fakt, ze pomimo nastawienia się na wizję wojny przyszłości nie przesadzono z cyfryzacją i informatyzacją całej gry. Tak naprawdę to wszystko, z czym mamy do czynienia to podpompowane do realiów wersje współczesnego ekwipunku, a jeśli pojawia się coś nowego, nie budzi to w graczu odczucia przesady i przerostu formy. Pobawimy się kamuflażem optycznym, użyjemy nanorękawic do wspinania się po skalnych zboczach, a w dłoniach będziemy dzierżyć wypluwająca eksplodujące strzałki broń czy snajperkę, która potrafi przebić się nawet przez betonowy filar podtrzymujący autostradę. Za to bardzo dobre wyważenie należą się twórcom brawa.

Wypada także wspomnieć o aspekcie przemocy, który w tutaj jest dość mocno eksploatowany i gra słusznie nosi znaczek PEGI18. Palący się żywcem na naszych oczach ludzie, kontenery pełne zmasakrowanych zwłok czy dość gęsto ścielący się trup wśród cywilów to tylko kilka przykładów. Kampanię oceniam zatem dobrze – urozmaicenia w postaci lekkiej nieliniowości oraz Strike Missions, a także perki i customizacja postaci przed misjami to rzeczywiście mała rewolucja w serii, a historia i sposób jej przedstawienia pozwala się dobrze bawić. Oczywiście nadal mamy do czynienia z oskryptowaną rozgrywką, która jest wizytówką tej serii. Samo zastosowanie tej metody przedstawienia akcji jest o niebo lepsze i pomimo oczywistej widoczności zaplanowanych zdarzeń nie bije to tak po oczach jak w Warfigterze. Czasem tylko nasza postać w dość nienaturalny sposób teleportuje się w miejsce skąd gra zamienia się w przerywnik. Jednak nie oszukujmy się – tempo akcji i stopień widowiskowości niektórych wydarzeń byłby nie do osiągnięcia bez użycia skryptów. Można narzekać, że jest to wtórne, ale moc obliczeniowa dzisiejszych maszyn do grania nie pozwala na inne zagranie ze strony twórców i zapewne jeszcze przez długi czas nie będzie pozwalała.

Jednak wszyscy doskonale wiemy, że seria Call of Duty ustanawia kolejne rekordy sprzedaży nie trybem single, lecz multiplayerem, dzięki któremu ma tylu oddanych fanów. Jednak tutaj pokuszono się o niemałą modyfikację. Zamiast systemu progresu i tworzenia znanej z poprzednich odsłon postaci  mamy tzw. Pick10. Teraz każdy gracz tworząc swoją postać może na niej umieścić dziesięć rzeczy, których będzie używał w grze. Zatem jeśli nie wykorzystujesz broni zapasowych, a w zamian wolałbyś mieć więcej perków czy granatów – nic nie stoi na przeszkodzie. Wśród tych dziesięciu rzeczy mogą się znaleźć bronie, dodatki do nich, oraz scorestreaks (tak, tak – teraz kolejne bonusy otrzymamy na takiej samej zasadzie jak w Medal of Honor) – jednym słowem wszystko, co odblokowujesz wraz z postępami w grze. Dzięki temu rozgrywka nabiera nowego wymiaru i nie jest to kalka poprzednich Codów. Wprowadzone także Wildcards – specjalne przedmioty, których wykorzystanie pozwoli na odejście od schematu tworzenia postaci i np. zamontowania na broni trzeciego dodatku czy zastąpienie naszego granatu odłamkowego granatem taktycznym. Kombinacji są tysiące i każdy może dopasować sobie postać do swojego, indywidualnego stylu gry. Zobaczymy, czy tym krokiem Treyarch trafił w dziesiątkę czy też wprowadził do sprawdzonego już mechanizmu zbyt dużo chaosu. Ocena tego przyjdzie z czasem – ciężko bowiem wydać ostateczny werdykt po 20 – 30 godzinach gry.

Powracają Karty Postaci, czyli nasza sygnatura widziana przez nasze ofiary podczas gry, oraz prestiże – zarówno dla gracza jak i broni. Co ciekawe po osiągnięciu maksymalnego levelu dla danego prestiżu (leveli jest 55, a samych prestiży 10) nie będziemy mieć dostępnych wszystkich broni. Co level otrzymujemy tzw. tokeny, za które odblokowujemy konkretne rzeczy. Wygląda to jak nieco zmodyfikowany system CoD Points znanych z poprzedniego Black OPSa. Powracają także wyzwania, które pozwalają nam na odblokowywanie różnych kosmetycznych spraw jak kamuflaże czy style optyki w celownikach. Z otwartymi rękami powitałem także Theatre Mode, pozwalający nie tylko na nagrywanie naszych poczynań, ale także ich edycje i tworzenie klipów.

 A jak prezentuje się sama rozgrywka? Dynamicznie, dynamicznie i raz jeszcze dynamicznie. Powraca wszystko to, co znamy z poprzedników. Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas grania to mapy, które prezentują się naprawdę dobrze. Projekty plansz są przemyślane i z początkowych doświadczeń wywnioskowałem, że ciężko o jakieś konkretne camp spoty, które w poprzednich odsłonach potrafiły denerwować. Mnóstwo zakamarków i miejsc posiada najczęściej więcej niż dwie drogi, które można wykorzystać by dorwać graczy nie palących się do niczego poza siedzeniem w jednym miejscu i oczekiwaniem na łatwe fragi.

Pochwalić należy także wielopoziomowość map. Walki nie odbywają się na jednej płaszczyźnie – piętrowe budynki, stosy kontenerów czy dachy są dla wszystkich dostępne i pozwalają nawet w tak dynamicznej rozgrywce na trochę spokojniejsze prowadzenie walki. Do tego mapy samym wyglądem i wystrojem nie budzą zastrzeżeń. Nie ma także jakiejś konkretnej areny, która wywołałaby u mnie niechęć do grania na niej. Sprawa broni i scorestreaków została oczywiście dostosowana do roku 2025 i nawet, jeśli znajdziemy coś, co odpowiada dzisiejszemu arsenałowi będzie to odpowiednio zaprojektowane i nabierze futurystycznego wyglądu. Samych broni i dodatków jest oczywiście sporo, w tym kilka całkowicie nowych opcji. Mechaniczne przyrządy celownicze do snajperek, tarcze balistyczne, które można szybko przemienić w stacjonarne osłony, zza których można prowadzić ogień czy też emiter fal, jako scorestreak, który spowalnia, a z czasem zabija graczy, którzy są w jego zasięgu. Oczywiście drony, które spotkamy w single mają swoje miejsce w multi, jako bonus za odpowiednią liczbę uzbieranych w walce punktów. Dla wielbicieli czworonogów powracają psy, co jest już tradycją dla Treyarch. Sporo zmian, oraz odpowiednio przemodelowane i podpompowane rzeczy tworzą obiecującą mieszankę i sprawiają, że tryb wieloosobowy w Black OPS II naprawdę może się podobać. Tym bardziej, że w wersji na PC serwery są dedykowane. Nowości zauważymy również w kwestii trybów gry, w których debiutuje Mutli Team, pozwalający na starcia więcej niż dwóch drużyn. Podobny tryb zanotowaliśmy już w Gears of War, a nastawienie w tym trybie na współpracę dodaje nieco smaczku bazującym raczej na indywidualnym podejściu klasycznym trybom.

Jako, że mamy do czynienia z Treyarch nie pozbyto się trybu, w którym musimy zgładzić kolejne hordy żywych trupów. Zombie powracają – również z kilkoma modyfikacjami. Poza standardowym przeżyciem możemy walczyć ze zgniłakmi w trybach Grief oraz Tranzit. Ten pierwszy wprowadza rywalizacje dwóch drużyn, które mogą sobie nawzajem podbierać fragi i jest to wymagane, aby pokonać przeciwny naszej zespół. Tranzit zaś wprowadza elementy fabularne, które wymagają od nas wykonania prostych zdań, aby przebrnąć dalej. Szkoda tylko, ze nie jest on tak spektakularny i rozbudowany jak szumne zapowiadano, jednak potrafi być miłym urozmaiceniem do standardu znanego już z World at War oraz pierwszego Black OPSa.

Oprawa audiowizualna to kolejna rzecz, którą serii się wytyka. Mający już swoje lata silnik na pewno nie może konkurować z Frostbitem czy CryEnginem, ale i tym razem udało się z niego wykrzesać jeszcze kilka atutów w postaci świetnych efektów atmosferycznych, dobrze oddanej roślinności czy kapitalnym odwzorowaniu twarzy i ich mimiki. Wiele postaci to cyfrowe odpowiedniki prawdziwych aktorów i zobaczymy na ekranie między innymi Michaela Rookera. Jednak te kilka wiosen daje nieco o sobie znać i czasem na widok niektórych tekstur czy modeli można nieco się wzdrygnąć, a sama konstrukcja poziomów jest liniowa i nie daje zbyt wiele swobody w działaniu. Dziwnym posunięciem jest też brak wsparcia dla systemów starszych niż Windows XP. Co prawda jego następca w postaci Siódemki już na dobre zadomowił się w większości komputerów, jednak dla naszego rynku i naszych graczy może to być nie do przełknięcia, ponieważ w naszym kraju przyzwyczajenie bierze górę nad pójściem z duchem czasów i wiele osób nadal używa poczciwego XPka.

Co się tyczy dźwięku tutaj jest nierówno – o ile przyłożono się całkiem dobrze do odgłosów wystrzałów to same eksplozje i cokolwiek cięższego nie atakuje naszych uszu w taki sposób jak powinno. Oprawa Black OPS II wydaje się wyczerpująca dla towarzyszącego od wielu lat serii silnika i chyba najwyższy czas, aby kolejny Call of Duty otrzymał przesiadkę na coś bardziej stosownego. Plusem tej sytuacji jest to, że wymagania sprzętowe wciąż pozwalają na komfortową zabawę posiadaczom nieco starszego i mniej wydajnego sprzętu.

Podsumowując – najnowsza odsłona serii Call of Duty zasługuje na uwagę przede wszystkim dlatego, że wprowadzono w niej sporo zmian, które w schemacie serii można nazwać mała rewolucją. Zalążki nieliniowości, Strike Missions oraz możliwość uzbrajania się przed kolejnymi misjami urozmaicają udany, choć nierówny i nieco chaotyczny, tryb dla jednego gracza, a dość spore zmiany w multi pozwalają na przednią zabawę i daleko idącą swobodę w kreowaniu własnego stylu gry. Co prawda nie jest to rewolucja, jakiej spodziewali by się zaprzysiężeni wrogowie serii, jednak mieszanie z błotem i opinie mówiące o prostym powielaniu i kalkowaniu nie są do końca na miejscu. Black OPS II to dobry shooter w singlu, bardzo dobry tryb multi i oczywiście uwielbiany przez wielu tryb Zombie, który myślę jest wart wydanych pieniędzy. Z pewnością spisuje się on lepiej niż potworek ze stajni Danger Close i pomimo widocznych kilku znamion odtwórczości nadal bawi i jest po prostu solidnym kawałkiem kodu. Cieszy fakt odejścia od prostej konwersji gry z konsol na PC w postaci dedykowanych serwerów. Martwi jednak brak wsparcia dla tej grupy graczy, jeśli chodzi o usługę Elite. Tak naprawdę nie wiemy, kiedy i czy w ogóle doczekają się oni pełnego wsparcia. Cóż – statystyki pokazujące ogromną większość zakupionych kopii przez graczy konsolowych mogą być jakąś wymówką, ale nie oszukujmy się, ze to nic innego jak zwykłe – za przeproszeniem – olanie tematu. Dlatego pomimo wielu zalet i dobrej zabawy Black OPS II pozostaje gra kapitalną dla oddanych fanów, dobrą/bardzo dobrą dla nowych graczy i na pewno nie przekona do siebie zagorzałych przeciwników. Troszkę szkoda, bo kilka szlifów i Black OPS II mógłby zawalczyć nieco bardziej śmiało o rynek wojennych FPSów.

Ocena 7.5/10

Plusy:
+ Dobra kampania dla pojedynczego gracza.
+ Małe rewolucje w postaci nieliniowej fabuły, Strike Missions oraz customizacji.
+ Pomimo lat na karku silnik potrafi nas zaskoczyć.
+ Odnowiony i przemodelowany tryb multi, który daje sporo zabawy.
+ Tryb Zombies.

Minusy:
– Fabuła galopuje czasem za szybko i jest nieco chaotyczna i nierówna.
– Silnik swoje lata świetności ma już dawno za sobą.
– Dźwięk mógłby być nieco lepszy.
– Wszelkie zmiany mogłyby pójść nieco dalej.
– Wrogów serii do siebie raczej nie przekona.

Jakub Wróblewski

 

Be the first to comment

Leave a comment

Your email address will not be published.


*